Prawie zostałem googlerem.

Wszystko zaczęło się prawie 3 miesiące temu porą jak dla mnie wczesno-śniadaniową (koło 9 nad ranem) kiedy po standardowym budziku dobudziło mnie piknięcie telefonu oznaczające otrzymanie nowego maila. Z leksza jeszcze zaspany spojrzalem na telefon i przeczytałem, że z LinkedIn przyszedł do mnie email o jakże wszystko mówiącym tytule "InMail: You have a new message". Nie raz mi sie coś podobnego wcześniej zdarzało wiec bez większego entuzjazmu zacząłem czytać dalej.

We are currently recruiting for a Corporate Operations Engineer for our European Head Quarters in Dublin.
I'm not sure if you are looking at the moment but I have taken the liberty of including a link to the job description. If you could take the time to review and let me know what you think I would appreciate it.
If you are not interested please feel free to forward the details to anyone who you think maybe interested.

Fajnie, pomyślałem sobie - Czyli warto było przez cały ten czas uaktualniać swój profil na LinkedIn i kilka otrzymanych rekomendacji też pewnie trochę pomogło. W końcu może się to do czegoś przydać. Wcześniej co prawda, też kilka razy zdarzyło mi się dostać wiadomość via LinkedIn w sprawie pracy ale przeważnie było to od jakiegoś pracownika agencji rekrutacyjnej i tak jakoś nie paliło mi się ze zmianą ani pracy ani miejsca zamieszkania (bo wszystkie oferty które dostawałem były dziwnym trafem z Dublina). Poniżej treści znajdował się jeszcze link do ogłoszenia na irishjobs.ie, w który szczerze mówiąc nie specjalnie chciało mi sie od samego rana klikać.
Adrenalina podskoczyła mi dopiero po przeczytaniu podpisu nadawcy:
European IT Staffing, Google Ireland Ltd.
Szybki wyskok z wyrka, kilka głębokich wdechów, szybki spacer od okna do drzwi,od drzwi do okna, od okna do drzwi, od drzwi do okna.... ale zajebiscie, w koncu dzieje sie cos ciekawego i jest szansa na prace w mega ciekawym miejscu.
Kiedy emocje opadły nastąpiła wymiana kilku maili i na koniec zostałem poproszony o podesłanie aktualnego CV. Później było nudno, bo śniadanie, jakieś inne pierdoły codzienne aż do godziny 16, wyjazd po Kasie do pracy i.... telefon z dublińskiego numeru.... łał - myślę sobie - szybcy są. Nie wiem czy dobrze zrobiłem, ale akurat prowadziłem auto wiec na pytanie "czy mogę rozmawiać" odpowiedziałem, że nie bardzo i czy mógłby oddzwonić za dwie godziny :) Całkiem sympatyczny gość tak jak powiedział, tak też zrobił i oddzwonił dwie godziny później. Przedstawił procedurę rekrutacji (czyli najpierw rozmowa telefoniczna, po której jeżeli wszystko pójdzie dobrze będą rozmowy w siedzibie firmy), opowiedział kilka słów o samym ogłoszeniu i na koniec dodał, że pierwszy etap rekrutacji odbędzie się za max 2 tygodnie. Minął tydzień, drugi, trzeci, czwarty.... trochę zacząłem się zastanawiać co się dzieje i napisałem maila z pytaniem o to co biega. Godzinę później dostałem maila z przeprosinami, że to tak długo trwa i że nie ma żadnych nowości w temacie i zostanę poinformowany kiedy tylko zacznie się coś dziać. Minął tydzień, drugi, trzeci... znowu zacząłem się zastanawiać o co chodzi. Odpowiedź na kolejnego maila dostałem telefonicznie, znowu z przeprosinami i wyjaśnieniem że nie dalej jak za tydzień będzie wiadomo dokładnie co i jak. Po paru dniach miałem już ustawione interview telefoniczne.
Trochę zestresowany odebrałem telefon, który ku mojemu zdziwieniu przedstawił się prefixem +49 a nie jak się spodziewałem - jako dubliński numer lokalny. Gadka trwała chyba z 50 minut, moim zdaniem poszła całkiem nieźle a na koniec zeszła na temat ostatnio obejrzanego przeze mnie filmu. Wymieniliśmy klika opinii po czym zostałem poinformowany, że w ciągu tygodnia powinienem otrzymać odpowiedź od mojego rekrutera. Tydzień okazał się kilkugodzinny i już po 3 godzinach od zakończenia telefonicznego interview dowiedziałem się, że całkiem nieźle mi poszło po czym zostałem zaproszony do głównej siedziby w Dublinie na 4 (słownie CZTERY) osobne rozmowy.
Potwierdzenie z dokładniejszymi informacjami przyszło dwa dni później. Zaczynamy w poniedziałek o 11.30 interview z kimś na miejscu, chwila przerwy, wideokonferencja z kimś z biura w Curychu w Szwajcarii, lunch z chłopakami z działu do którego startuję, kolejna rozmowa - tym razem chyba z lokalnym szefem IT i na koniec wideokonferencja z Nowym Jorkiem. MASAKRA - dawno nie przechodziłem takiego świdrowania umysłu. Każde kolejne pytanie zdawało się być jeszcze bardziej dokładne i oczekiwało jeszcze bardziej precyzyjnych odpowiedzi. Co za firma - tam, aż chce się pracować. Zwykłe wyjście na siku zmusza umysł do myślenia, bo nad pisuarami zamiast reklam wisi jakaś ciekawostka (np tekst o alokacji pamięci w Javie). Wszędobylskie googlowe gadżety i zabawki momentami sprawiały wrażenie przedszkola dla dorosłych - tylko ten nawał monitorów jakoś mi do tego nie pasował. Całkiem zadowolony z siebie, budynek opuściłem po 16.
Nieoficjalnej odpowiedzi miałem się spodziewać w kolejny poniedziałek. Minął weekend, minął poniedziałek, mijał wtorek, telefon zadzwonił kiedy byłem w drodze do szkoły (o godzinie 17.40).... "przykro mi, ale nie mam dobrych wieści" wystarczyło żeby zrozumieć, że nic z tego nie będzie.... "technicznie wypadłeś całkiem dobrze, ale szukamy kogoś bardziej Customer Oriented".... KURWA :/


Mówi się trudno, żyje się dalej. Jak nie tym razem to innym. Tak czy inaczej była to ciekawa przygoda, strasznie przy tym motywująca.

strasznie lubie kiedy sprawdzaja sie moje pomysly :)

No to od poczatku… Dawno, dawno, temu…. nie no – nie az tak dawno – bedzie moze ze dwa lata. Jeszcze za czasow kiedy bylem w dziale zwanym Debug, wpadlem na pomysl „uruchomienia” czegos a’la „dzialowa baza wiedzy” gdzie kazdy gosc z naszego dzialu moglby dopisywac jakies ciekawostki dla potomnych. Glownym tego powodem byl brak jakiegokolwiek szkolenia dla nowych pracownikow debugu, no i moje lenistwo, bo ile mozna ludziom powtarzac to samo.
Hmmm…. cos latwodostepnego, co kazdy moze edytowac…. toz to cokolwiekwiki jak znalazl.
Mialo to byc male, wcale nieskaplikowane, niewiele wymagajace – padlo na PmWiki.
Po 2 latach uzytkowania tego w koncu ktos zauwazyl, ze to wcale nie byl najgorszy pomysl. Od tamtego czasu nasze wiki rozroslo sie dosc znacznie, Debug dorobil sie 2 nowych pracownikow, szkolenia „wprowadzajace” jak sie nie odbywaly tak nadal sie nie odbywaja, a nowi jakos sobie radza :)
Kilka tygodni temu jeden z inzynierow z centrali, bezposrednio wspolpracujacy z debugiem zapytal czy oni tez moga sie do tego naszego wiki podlaczyc a dzis zadzwonil szef obslugi posprzedazowej (czyli najprosciej tlumaczac – naprawa pogwarancyjna) i zapytal czy tez moga miec „cos takiego jak ma debug”. :) hehe…. Teraz sie tylko zastanawiam, czy to ma sens nadal ciagnac to na PmWiki, czy lepiej przemigrowac to to np na mediawiki z osobna baza mysqlowa. PmWiki uzywa „flat fajli” zamiast bazy – aczkolwiek jak dotad nie bylo z tego tytulu zadnych problemow.

Nowe zabawki cd

Przed chwila rozmawialem z szefowa. Powiedzialem, ze zaczalem dziubac te thinkpady z rana i ze wygladaja slodko – takie cegielki. Pokazuje jej jednego – a ona na to, ze jej sie nie podobaja. Bo za nudny, bo za prosty. Pewnie dla tego wszyscy mamy w dziale aj ti te wielkie, kurewsko ciezkie, bialo-srebrne soniacze – takie sliczne, z fajnym logo na pokrywie. Zeby jeszcze mialy cos ciekawego w srodku, ale nie – co tam. Jedyna rzecza, warta uwagi jest calkiem niezle swiecaca matryca. Chociaz nie wiem jak sie ona prezentuje w jakims dziwnie padajacym swietle. O tym, ze uklad klawiatury ssie mialem nawet pisac osobna notke, chyba nawet mam ja w szkicach, a ten zakurwiscie wielki touchpad tylko utrudnia zycie bo duzo latwiej na niego wpasc przypadkowo i pod koniec maila uswiadomic sobie, ze kilka zdan dopisalo sie nie na koncu tylko gdzies w przypadkowo kliknietym miejscu.
A i juz nie raz udalo mnie sie odczuc, ze siny zab to by sie i nawet przydal :/

Dzis rano przyjechaly nowe zabawki na produkcje

IBMowe …. wroc – Lenovowe PeCety ThinkCentre A57 sztuk 4 z Core 2 Duo i innymi takimi pierdolami calkiem sobie radzacymi kiedy je tak do kupy poskladano + sztuk 7 (slownie siedem) ThinkPadow …. tylko R61 co prawda – no ale od kiedy zostalem fanem tej firmy z trzema literkami w logo nawet na takie zabawki w naszej firmie sie ciesze. Teraz trzeba je tylko downgradnac do WinXP i posadzic tym biednym, nie zdajacym sobie sprawy z tego co robia, operatorom na linki…. coby wtykali w nie rozne cardbusowo-expresowo-usbowe wynalazki nasze.

A last.fm coraz lepiej sie ostatnimiczasy wpasowuje w moje gusta muzyczne zapodajac aktualnie ACepiorunDeCe Highway to Hell zaraz po Brackiej Turnaua.

FOSS w naszej firmie :)

Jakos tak mi sie lepiej robi kiedy widze, ze zainteresowanie FOSS w naszej firmie (w naszym „oddziale” dokladniej mowiac – bo w HQ jakos sobie z tym radza) jest coraz lepsze :)
Szkoda tylko, ze ci moi tutejsi informixi w ogole nie kumaja calej idei i jedyne co mozna od nich na razie uslyszec to „ok – we can try it if it’s for free”.
No nic – troche to jeszcze pewnie potrwa, ale jakos moze uda mnie sie ich odpowiednio wyedukowac. Ktos to przeciez musi zrobic :)

Wczorajszy „wyklad” o GPL i RMS’ie, ktory dalem Dave’owi np popchnal go do tego, ze sobie z ciekawosci wikipedie az otworzyl :)
Jak na poczatek to chyba calkiem niezle co ? :D

ja rozumiem, ze uprzejmosc irlandzka….

... i ze fajnie bo pierwszego lepszego przechodnia na ulicy mozesz zatrzymac i zagadnac ot tak, o pogodzie czy innych takich.
Tylko niech mi ktos wytlumaczy po co gosciowi, ktory przyszedl z zewnatrz wymienic dysk w jednym z serwerow takie wiadomosci jak nasze wewnetrzne problemy z drukowaniem w SAPie, struktura lokalnej sieci czy nawet calej firmy, system ktorego uzywamy do inwentaryzacji i kilka innych ciekawostek – nie az tak do konca jawnych poza scianami firmy?